Ten tytuł to tylko życzenie. Naiwne czy pobożne, jak kto woli. Żyjemy coraz dłużej, ale dzisiejszy 90-latek jest równie „sprawny” i równie „zdrowy”, jak jego rówieśnik 30 lat temu.

Agnieszka Sztyler-Turovsky, wydawca Medonet.pl, szefowa działu Zdrowie w Onet.pl

A jeśli jest Polakiem, to prawdopodobnie ma demencję, depresję i nie ma na leki. Ma też lekarza rodzinnego, który wypisuje skierowania do kolejnych specjalistów, którzy nie wymieniają się informacjami o pacjentach. Zapisują więc tony leków wchodzących ze sobą w interakcje. Nie byłoby tak, gdyby lekarz pierwszego kontaktu wysłał emeryta do geriatry. Nie robi tego, bo na 100 tysięcy seniorów przypada 0,8 lekarza tej specjalności. To najgorszy wynik w całej Europie. Szwedzi są od nas w tej statystyce dziesięć razy lepsi.

Jak wygląda „leczenie” starości po polsku?

W Białymstoku, przy szpitalu MSW powstała modelowa klinika geriatrii. Wyposażenie oddziału w Białymstoku jest całkiem niezłe, ale zawdzięcza to nie NFZ-owi, a Orkiestrze Jerzego Owsiaka. Oddział ma… 20 łóżek i jest jedynym takim miejscem na całe województwo. W sąsiednim Ełku, Augustowie, Łomży żaden szpital nie ma ani jednego łóżka, w którym mógłby choć na jeden dzień położyć staruszka, by go wreszcie zdiagnozować i powiedzieć jemu i jego bliskim np. to: „cierpi pan na Alzheimera. Łykanie kolejnych suplementów z ginko biloba pana nie wyleczy”, albo: „Ma pan depresję. To nie jest zwykła bezsenność. Uzależniła się pani od leków nasennych, ale bezsenność to skutek nie przyczyna. Potrzebne są leki psychotropowe i terapia”. Na oddział geriatryczny może trafić każdy, kto jest w wieku 65+, ale najwięcej jest na nich 90-latków. Zdobycie łóżka na takim oddziale graniczy z cudem, więc większość staruszków z problemami zdrowotnymi ląduje na oddziałach „dla młodych”, np. na ortopedycznych. Złamania szyjki kości udowej i próba wszczepienia endoprotezy biodra to klasyka. Scenariusz bywa taki: operacja się udała, ale pacjent nie przeżył. Bo po operacji nie było rehabilitacji, dawkę heparyny dobrano jak dla młodego sportowca, skończyło się udarem mózgu. Zdiagnozowanym po kilku dniach, gdy z pacjenta już nie było „co zbierać”. Bo to zwykły oddział urazowy, więc sprzęt raczej do diagnozowania urazów kości, a nie mózgu. A ortopeda i tak nie zastąpi neurologa, więc trzeba go ściągnąć z innego szpitala, a to trwa… Problemem jest brak geriatrów i oddziałów, na których mogliby pracować. Także to, że ani lekarze pierwszego kontaktu, ani specjaliści, do których ich kierują nie potrafią i chyba nawet nie próbują godnie ich zastąpić. – A wystarczyłoby holistyczne podejścia do pacjenta w podeszłym wieku – mówi Agnieszka Orłowska, specjalistka medycyny rodzinnej, która pracuje w białostockiej Klinice Geriatrii. I dodaje: „Pacjenci na naszym oddziale mają zwykle zaburzenia funkcji poznawczych, a do tego kilka chorób przewlekłych. Dotyczy ich więc polipragmazja, czyli przyjmowanie na stałe kilkunastu lub nawet więcej leków. A te mają działania uboczne i wchodzą ze sobą w interakcje, bo np. kardiolog, reumatolog i nefrolog nie sprawdzają, co który z nich pacjentowi zapisał. Musimy więc kompleksowo zdiagnozować seniora i tak ustawić mu leczenie, by przyjmował jak najmniej leków wchodzących ze sobą w niepożądane reakcje”. A zapytana o to, co jest najważniejsze w zawodzie geriatry, dr Agnieszka Orłowska odpowiada: „Umiejętność słuchania. I cierpliwość”. Nie wspomina o merytorycznym przygotowaniu, bo o to nie musimy się martwić – poziom kształcenia na specjalizacji z geriatrii w Polsce mamy bardzo dobry. Geriatrzy znają się na swojej robocie, są świetnie wykształceni. Jeśli tylko z powodu kiepskich zarobków nie wyemigrują, na starość będzie miał nas kto leczyć. I wtedy przyda się i cierpliwość, i umiejętność słuchania, ale i dobrania leków antydepresyjnych. Bo depresję większość z nas dostanie w pakiecie razem z ZUS-owską emeryturą.