Rafał Sonik twierdzi, że na sukces składa się 20% talentu i 10% szczęścia. Na pozostałą część każdy musi zapracować sam. Liczy się pracowitość i umiejętność podejmowania decyzji oraz konsekwencja w ich realizacji.

Rafał Sonik, Przedsiębiorca, filantrop i sportowiec, Zwycięzca Rajdu Dakar

Jak zaczęła się przygoda Rafała Sonika z biznesem? A zaczęła się bardzo wcześnie – można powiedzieć ze pierwszą Pańską transakcją była wymiana samochodzika na notes – co jest dosyć nietypowym zachowaniem dla małego chłopca, czy właśnie już wtedy odkrył Pan w sobie smykałkę do interesu ? 

Wtedy nie miałem świadomości, że robię to dla jakiegokolwiek zysku rozumianego finansowo. Nie umiałem określić, czy notes jest wart więcej pieniędzy od zabawki. Wówczas ujawniła się we mnie cecha, której w tym wieku nie byłem w stanie nazwać. Uznałem notes za bardziej praktyczny, gdyż istotą tej transakcji było to, że samochodzików miałem kilka, a notesu żadnego. Mogłem więc, bez poczucia straty pozbyć się jednego z nich na rzecz zeszyciku, w którym mogłem uczyć się pisać.

Świadczy to o tym, że nie był Pan typowym nastolatkiem tylko wychodził  poza przyjęty schemat. Co odróżniało Pana od rówieśników? A co właśnie z edukacją? Jak wspomina Pan te lata nauki?

Myślę, że była to samodzielność. Świadczy o tym choćby wspomniana wymiana samochodzika na notes. Miałem wtedy około 6 lat. Nie zapytałem mamy ani taty, czy mogę to zrobić. Później, w piątej klasie podstawówki, namówiłem rówieśnika z klasy na wyjazd w góry. De facto opuściliśmy zajęcia i zrobiliśmy sobie wagary, ale zorganizowałem to w taki sposób, że wszystko przybrało formę szkolnej wycieczki. Jak? Zabraliśmy ze sobą jako opiekuna młodą nauczycielkę od w-fu, która dopiero co rozpoczęła pracę. Pamiętam jakby to było wczoraj: zadzwoniłem do rodziców z automatu na dworcu autobusowym w Zakopanem i powiedziałem żeby się nie martwili.  Dałem do słuchawki panią opiekunkę (która miała może 20 lat), która zapewniła ich, że będzie się nami zajmować. W taki właśnie sposób ujawniła się moja samodzielność. Chadzałem własnymi drogami. Kreowałem ważną część swojego świata, opierając go o pasje sportowe, ale zachowywałem przy tym odpowiedzialność.

Pańska kariera rozwinęła się w imponującym tempie. Od szesnastolatka handlującego sprzętem narciarskim – do milionera rajdowca. Zrealizował Pan swój Polish Dream. Czym kierował się Pan podczas swoich wyborów na ścieżce biznesowej?

Fakt, że można to nazwać Polish Dream jest dla mnie gigantyczną radością. Chyba mało kto zastanawia się nad znaczeniem tego sformułowania. Z reguły uznaje się, że ktoś odniósł sukces, bo dorobił się majątku. Moim zdaniem jest zupełnie inaczej. Sądzę, że również współczesny nastolatek pod pojęciem „dream” nie identyfikuje tylko i wyłącznie stanu konta. Jest to raczej jedno z jego marzeń. W czasach mojej młodości, w latach 80, pod hasłem „dream” rozumiało się choćby tak prostą rzecz jak posiadanie paszportu. Snem było podróżowanie z nim za ówczesną żelazną kurtynę. Nasz „dream” składał się z wielu drobnych awansów życiowych. Kiedy zaczynałem jeździć do Niemiec w 1985 roku sypiałem w maluchu albo namiocie rozbijanym obok niego. Później stać nas było na noclegi na kampingu i to już było spełnieniem snu. Nie musieliśmy spać „na dziko” obok samochodu, tylko mieliśmy małą restaurację, czy prysznice gdzie można się wykąpać i odprężyć po całym dniu pracy. Później były kolejne awanse: z pracy fizycznej na brygadzistę, negocjacje z pracodawcami, uzyskanie od nich prowizji, zarabianie kilku pensji miesięcznie, rozpoczęcie handlu. I tak, krok po kroku spełniałem swoje kolejne marzenia, które generowały postęp. Pozwalały pokonywać kolejne progi i przełamywać bariery. Ostatni sen, który się spełnia, to fakt, że po wypadku na Dakarze, nic nie zmieniło się w sprawności organizacji moich firm. Zarówno team rajdowy jak i moje zarządy oraz wspólnicy zdali tzw. stress test. Wyciągnięcie nawet najważniejszego ogniwa z organizacji, nie sprawiło, że przestała ona funkcjonować. To jest spełnienie snu każdego przedsiębiorcy.

Sentencja “A ten zwycięzcą, kto da innym więcej światła” jest Panu bliska. Czy to właśnie działalność stowarzyszenia Siemacha daje szansę, na podzielenie się tym światłem z innymi?

Ostatnio przeżyłem zaskoczenie. Andrzej Augustyński – założyciel Siemachy uświadomił mi, że w tym roku obchodzimy 25 lecie naszej działalności, a pierwszą firmę zarejestrowałem w 1988, czyli już 30 lat temu. To pokazuje, że bardzo wcześnie – bo po około 3 latach prowadzenia biznesu, zacząłem sobie poważnie uświadamiać, że solidarność społeczna z tymi, którym jest dużo trudniej odnaleźć się w rzeczywistości, jest koniecznym uzupełnieniem życia. Pomaganie to przywilej. Nie obowiązek czy chwilowy przymus. Ważne, żeby było to działanie przemyślane. Bardzo często mylnie utożsamiane jest ono z przelewem pieniędzy. To nieprawda. Największa pomoc to transfer wiedzy i doświadczenia. Poświecenie czasu i uwagi komuś, kto najbardziej tego potrzebuje. Jeżeli potrafimy zmienić czyjeś życie na lepsze, satysfakcja jest kosmiczna. Pomaganie najkrócej rzecz ujmując, po prostu uszczęśliwia. Daje radość, spełnienie i większą satysfakcję niż jakikolwiek biznes. Współpracuję jako ambasador z Fundacją Fabryki Marzeń, która zajmuje się remontami domów rodzin będących w trudnej sytuacji materialnej. Zdarza się, że nawet w dużych miastach brakuje im bieżącej wody czy ogrzewania. Nie mają prysznica ani pralki. Wydawałoby się, że w XXI wieku to niemal niewyobrażalne. Kilkadziesiąt tysięcy złotych, plus ogromna praca wolontariuszy sprawia, że każda rodzina dostaje po kilku miesiącach nowe mieszkanie. I to nie jest tylko remont nieruchomości. Można powiedzieć, że to remont świadomości. Ci ludzie zaczynają zupełnie inaczej postrzegać to, co mogą osiągnąć w życiu. Nagle zmienia się ich cały świat, a wraz nim życie. Bezrobotni dostają zatrudnienie i zaczynają czuć się zmotywowani. Wielu z nich staje się liderami swoich społeczeństw. Dlaczego? Ludzie mają tendencję do spirali – w dół albo w górę – ale żeby spiralę degeneracji odwrócić, potrzebny jest bardzo mocny impuls. Jest nim właśnie Fabryka Marzeń, która odwraca kierunek spirali dając motywację do walki.

„Mistrzów poznaje się po tym jak się podnoszą, a nie jak upadają, bo upada każdy, ale nie każdy umie się podnieść”. Wypadek i kontuzja Pana nie załamały. Myśli Pan już o przygotowaniach do kolejnych zawodów. Zarówno w sporcie jak i w biznesie liczy się wytrwałość i samozaparcie. Czy doświadczenia zdobyte na ścieżce kariery przydają się Panu teraz w realizacji sportowych pasji? I czy działa to w obie strony – Czy Dakar nauczył Pana czegoś, co wykorzystuje Pan w życiu zawodowym?

Okazało się, że w sporcie jest bardzo podobnie jak w przedsiębiorczości. Żebym ja mógł wygrywać i być mistrzem świata, mistrzem świata musi być również mój mechanik, osteopata, logistyk czy kierowca ciężarówki serwisowej. Innymi słowy, żeby zdobyć mistrzostwo w jakiejkolwiek dyscyplinie, nawet tej uznawanej za bardzo indywidualną, trzeba zmobilizować wokół siebie ludzi, którzy będą równie mocno zmotywowani. Żeby drużyna sportowa mogła walczyć, trzeba zadbać o jej zaplecze. W tym przypadku składa się na nie firma. Jej strukturę tworzą jednostki, które dążą do walki o swoje indywidualne „mistrzostwo świata”. Wyznaczenie takiego celu zależy od twórcy i konstruktora. Jest to, więc moje osobiste wyzwanie i mam ogromną satysfakcję, że na tak wielu polach jesteśmy w stanie razem mu sprostać.

Podczas Dakaru konkurujemy totalnie: konstrukcją naszych pojazdów, sprawnością drużyn, logistyki, przygotowaniem mentalnym, fizycznym, psychicznym – na każdym polu. Na dodatek większość moich konkurentów jest o połowę młodsza. Muszę więc znajdować w sobie cechy, które zapewnią mi przewagę w tych miejscach, w których młodość jej nie daje. Moją odpowiedzią na energię, czy brawurę jest doświadczenie. Ścigam się z Argentyńczykami w Argentynie, z Peruwiańczykami w Peru, z Arabami w krajach Arabskich. Oznacza to, że moi rywale zdecydowanie lepiej znają teren. Muszę więc szukać w sobie takich cech i umiejętności, żeby nauczyć się lepiej od nich pokonywać przeszkody, stojące na drodze do zwycięstwa.

Pana działalność społeczna stawia sobie na celu wyrównywanie szans edukacyjnych wśród  młodego pokolenia. Chce Pan za wszelką cenę obudzić w nim potencjał i zmotywować do działania. Jakie rady ma Pan dla dzisiejszego Polaka stawiającego pierwsze kroki na swojej drodze zawodowej?

Robić tylko to, co nas pasjonuje. Szukać takiej działalności gospodarczej, naukowej czy edukacyjnej, w której będziemy czuli się spełnieni. Inaczej nie odniesiemy sukcesu. Można go osiągnąć, tylko dzięki realizacji swoich pasji. Kiedy miałem kilka lat ojciec powiedział mi, niemal te same słowa, które Steve Jobs sformułował tuż przed śmiercią, jako bardzo dojrzałą przemyślaną teorię: Potrzeba pasji i zaangażowania, żeby naprawdę dogłębnie coś zrozumieć, przeżuć, a nie tylko szybko przełknąć. Słowem, osiągniemy szczyt tylko kierując się pasją. To krótka sentencja, reprezentująca to, co moim zdaniem jest kwintesencją mądrej decyzji człowieka, gdzieś na początku jego ścieżki życiowej. Wystarczy to przeczytać i przemyśleć, a nie zboczy się tak łatwo z właściwej drogi.